72. Jęcząca Marta i Dziwna Staruszka

-Aua! Aaauuuu- rozległo się w całym domu. Anna otworzyła oczy i z trudem podniosła ciężką głowę. Dopiero gdy przyzwyczaiła się do światła i rozejrzała  po pokoju dotarło do niej gdzie jest i do kogo należy przeraźliwe jęczenie. Zwlekła się z łóźka i ruszyła za odgłosami, które zaprowadziły ją do kuchni. Przy stole siedziała Marta w samej bieliźnie wysmarowana białą mazią i z grymasem bólu na twarzy.

-Dzisiaj jeszcze gorzej, co? – zachrypiała Anna.

-Nawet nie masz pojęcia- jęknęła Marta- sto razy bardziej wolałabym największego na świecie kaca.

-Może powinnyśmy wrócić do miasteczka? Kupiłabyś sobie coś porządnego na poparzenia słoneczne i zaszyła się w klimatyzowanym mieszkaniu.

-Na wsi jest apteka, mogłabyś podjechać moim autem. To dosłownie pięć minut.

-Ja? Autem? Mózg ci wypaliło?

- Mogłabyś się wkońcu przemóc. Poza tym mój stan to poniekąd twoja wina.

-Daj już spokój z tym obwinianiem mnie, ok?

-To co, pojedziesz?

-Przecież ja nie umiem prowadzić!

-Masz prawko – znaczy, że umiesz.

-Marta, dobrze wiesz, że ja od egzaminu nie wsiadłam za kierownicę i teraz tego na pewno nie zrobię. Ile na pieszo będzie do tej apteki?

-Nie wiem, nigdy tam nie szłam. Z pół godziny może?

-Dobra, to ja się ogarnę i pójdę ci do tej apteki ale ty robisz śniadanie.

-Okej, okej- jęknęła Marta wstając sztywno z krzesła.

Jakimś cudem Marta zdążyła przygotować jedzenie zanim Anna wyszła spod prysznica. Najadła się świerzą sałatką owocową, napiła mocnej kawy i zakładając słomiany kapelusz wyszła z domu. Marta twierdziła, że droga jest bardzo prosta ale na wszelki wypadek narysowała jej mapę. Po przejściu kilku metrów Anna przestała zastanawiać się dlaczego Marta nie chciała iść z nią lub jechać autem. Nie było jeszcze południa a z nieba już lał się żar. Do tego polna droga nie była osłonięta żadnymi drzewami więc można było zapomnieć o jakimkolwiek cieniu. Na szczęście Anna była na tyle przytomna żeby posmarować się kremem z filtrem. Do apteki dotarła po ponad pół godzinnym spacerze. Kupiła Marcie żel aloesowy i jakiś balsam nawilzający, który polecił aptekarz. Zanim jednak ruszyła w drogę powrotną postanowiła ochłodzić się w cieniu. W małym sklepiku kupiła butelkę zimnej wody i usiadła  na ławce pod drzewem. Nagle niewiadomo skąd pojawiła się zgarbiona staruszka o lasce.

- Dzień dobry, czy mogę się dosiąść?-spytała zchrypniętym głosem.

-Proszę- Anna zrobiła staruszce miejsce.

-Uff co za skwar- usiadła sapiąc ciężko.- Co tu robisz dziecko? Nie jesteś ze wsi, prdawa?- zagadnęła po chwili.

-Nie, moja przyjaciółka ma dom na końcu wsi. Przyjechałyśmy na weekend.

-Ten pod lasem? Po Laskowskich?- wyglądało na to, że kobieta znała wszystkich obecnych i byłych mieszkańców wsi.

-Tak- odpowiedziała Anna z wachaniem- to byli dziadkowie mojej przyjaciółki.

-Acha, czyli to prawda, że mała Marta jeszcze trzyma dom.

-Nooo tak.

-No i bardzo dobrze.-  skwitowała staruszka. Przez chwilę w skupieniu przygladała się Annie aż ta poczuła się bardzo nieswojo. Już miała wstawać, gdy kobieta położyła pomarszczoną, bladą dłoń na jej przedramieniu- Nie martw się dziecko- powiedziała wkońcu.

-Słucham?

- Wyglądasz na zmarwtioną.

-Naprawdę?

-O tak. I nie trać energii żeby zaprzeczać. Jestem już stara i potrafię rozpoznawać takie rzeczy.

-Naprawdę?- Anna była tylko w stanie powtórzyć swoje ostatnie słowo. W głowie miała pustkę.

-O tak. Wyglądasz też na bardzo sympatyczną dziewczynę więc dam ci radę. Nie broń się przed niczym. Życie jeszcze nie raz cię zaskoczy. A co ma być, to i tak będzie. Zyskasz na czasie jak nie będziesz się sama ze sobą spierać.

-Nie rozumiem.

-Zrozumiesz gdy przyjdzie czas- uśmiechnęła się staruszka i wstała z ławki podpierając się o laskę. – No, na mnie już pora. Pozdrów proszę małą Martę. Dowidzenia.

-Yyy dobrze. Dowidzenia.- Anna jeszcze przez kilka minut siedziała na ławce wpatrzona w oddalającą się pomału postać kobiety. Zupełnie nie wiedziała o co chodziło. Ciekawe czy Marta ją zna? Z tą myślą wstała i ruszyła spowrotem w stronę domu przyjaciółki. Całą drogę zastanawiała się nad słowami, które usłyszała od kobiety ale w końcu doszła do wniosku, że to po prostu takie gadanie. Może jest samootna i koniecznie chciała z kimś pogadać a to był jej sposób na przyciągnięcie uwagi? „Jeśli tak to, to jej się akurat udało” westchnęła Anna sama do siebie.

Martę zastała leżącą na kanapie w salonie przed starym wiatrakiem, którego dźwięk można było porównać do helikoptera. Wszystkie okna były pozasłaniane ciężkimi starymi kotarami i rzeczywiście było tu trochę chłodniej niż na zewnątrz.

-Skąd wytrzasnęłaś ten helikopter?- Anna usiadła w fotelu obok i położyła reklamówkę z apteki na stoliku- twój ratunek- wskazała na pakunek gdy Marta otworzyła oczy.

-Dzięki Bogu- westchnęła siadając- Już myślałam- że będę musiała zgłosić zaginięcie. Co tak długo?

-Nie uwerzysz. Usiadłam na chwilę na ławce w cieniu niedaleko apteki i przysiadła się do mnie jakaś dziwna staruszka i zaczęła ze mną gadać.

-Czemu dziwna?- spytała obojętnie smarując siężelem aloesowym, który przyniósł natychmiastową ulgę jej spieczonej skórze.  Dopiero gdy Anna zaczęła opowiadać co usłyszała od kobiety, Marta się zainteresowała.- Spotkałaś starą Marczakową- skwitowała.

-Starą Marczakową?

-Mhm. Ludzie ze wsi mówią, że to czarownica.

-Czarownica?- Anna zaśmaiała się.

-I powiem ci szczerze, że coś w tym jest, bo jednej kobiecie we wsi powiedziała kiedyś, żeby pilnowala swoich dzieci jak bawią się przy stawie bo inaczej któreś utonie. No i następnego razu kobieta poszła z dziećmi, choć zawsze puszczała je same i akurat jedno z nich wpadło do stawu i zaczęło się topić. Na szczęście kobieta zdążyła je uratować.

-To zwykły zbieg okoliczności. Marta, chyba nie wierzysz w takie rzeczy? Poza tym, co za matka puszcza dzieci same nad staw?

-Tak było- Marta wzruszyła ramionami- kiedyś ludzie chodzili do niej po porady. Ja nawet nie wiedziałam, że ona jeszcze żyje. Musi mieć teraz chyba ze sto lat.

-Mniej więcej na tyle wygląda. I kazała cię pozdrowić.

-Serio?

-Tak, powiedziała: pozdrów małą Martę.

-Zawsze tak do mnie mówiła jak przyjeżdżałam do dziadków- uśmiechnęła się.

-No ale co? Nie masz się co martwić , tragedii ci nie przepowiedziała. Będzie dobrze tylko nie broń się przed miłością.

-Nie mówiła nic o miłości- oburzyła się Anna.

-Nie mówiła. Nie musiała. Przecież to oczywiste! Szczególnie znając ciebie i twoją sytuację jestem pewna, ze chodzi o faceta.

-Oj Marta, ja nie wiedziałam, że ty taka przesądna jesteś i w ogóle.

-Nazywaj to sobie jak chcesz. Przekonasz się prędzej czy później. A wtedy ja ci przypomnę słowa starej Marczakowej.

-Jasne, okej. Mamy jeszcze lody w zamrażalniku czy użyłaś ich jako balsamu?

-Ale zabawne! I tak ci to przypomnę, zobaczysz. – Marta wstała pomału i ruszyła w stronę kuchni- Mogę być waniliowe?

-Jasne! Z malinami poproszę!- krzyknęła za koleżanką i przeniosła się na jej miejsce na kanapie by trochę ochłodziç się przed wiatrakiem.